niedziela, 11 stycznia 2015

Rozdział 11

Stałem kawałek od grupki, rozmawiając po cichu z Evaelyn.
Nagle,  niewiem dlaczego,  Sabine zaczęła drzeć się jak opętana. Trzy konie,  stojące przy wampirzym rodzeństwie,  odbiegły spłoszone krzykiem. Max od razu podbiegł do mojej siotry,  otaczając ją ramieniem, uspokajając ją.
- Co jest?- Spytałem,  podchodząc do nich.
- Jjjj... - Wydukała tylko Sabine,  wskazując palcem na Katherine.
- Zauważyła pająka. Był wielki. Ale już uciekł. - Odpowiedział jeden z braci.
- Okej... - Przyglądałem się uważnie Katherine,  która patrzyła w zupełnie inną stronę.
- Poszukam koni. - Westchnęła wampirzyca,  spuszczając głowę i odchodząc w kierunku,  gdzie zniknęły rumaki.
- Pójdę z nią. - Zaproponowałem,  doganiając ją truchtem.
- Pójdę sama. - Katty przyspieszyła kroku,  nadal nie podnosząc głowy.
- Nie. - Powiedziałem łagodnie,  lekko ujmując jej nagdarstek. Dziewczyna zwolniła kroku. Zrównałem się z nią i splotłem z nią palce. Kiedy zniknęliśmy za rogiem,  drugą dłonią ująłem nagle jej podbródek i zmusiłem do spojrzenia na mnie. Zamarłem na moment,  widząc jej całkiem czarne oczy.
- Co się stało?- Szepnąłem,  gładząc ją kciukiem po policzku.
- Ja... - Chciała coś wyjaśnić,  kiedy za moimi plecami rozległ się szyderczy, chłodny śmiech. Wampierzyca spojrzała ponad moim ramieniem i zasyczała,  odsłaniając kły. Odwróciłem się i zobaczyłem Lou,  przyglądającego się nam z ciekawością. Obok niego stała Wynter. Nie zmieniła się ani trochę,  od ostatniego spotkania. A minęło bardzo dużo czasu.
- Niedobrze mi od tej całej słodyczy. - Uśmiechnął się szyderczo wampir.  Na jego twarzy nie było żadnych śladów po spotkaniu z werbeną na polanie. - Aż trochę szkoda mi was zabijać. Ale tylko trochę. - Uśmiechnął się szyderczo,  jednak nie ruszył się z miejsca. Przypatrywałem się przez chwilę kuzynce,  ona jednak starannie unikała mojego spojrzenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz